Blilu Pitu ciamciu ciamciu - mniej więcej tyle rozumiem z wierszyków mówionych przez dzieci w przedszkolu. Nie cierpię tych przedszkolnych imprez, ale - Kazik występował: tańczył i mówił wierszyk, a rodzice nie mogli go podziwiać, więc... Tak go to wyczerpało, że padł i śpi. A jego tata, który wracając z pracy przejeżdża koło mnie i miał go odebrać - zapomniał. Zadzwonił właśnie z pytaniem - Kazik u ciebie? Mama na jakiejś konferencji, a tata ma już od ponad miesiąca swoją super duper wypasioną brykę w serwisie. No i placek. Powiedział, że pożyczy samochód od sąsiada, kurcze, jakiego sąsiada jak oni mieszkają w lesie, a najbliższy sąsiad jest o półtora kilometra. No nic, póki co Kazik jest cichy i bezwonny bo śpi. A co do przedszkolnej imprezy - przy wejściu do przedszkola groźny napis, że wchodzimy wyłącznie w maseczkach. I tak weszłam, a tam na widowni rodzic koło rodzica ciasno stłoczeni, wirus lata w te i we w te pod sufitem, a maseczkę miała tylko jedna babcia i to pod brodą. Więc i ja moją ściągnęłam. Wciąż po (lekkim) przechorowaniu covida mam całkiem sporo przeciwciał, co monitoruję i git. A Kazik w przyszłym roku zaczyna zerówkę (maatko, ale czas galopuje) to jeszcze 2-3 przedszkolne imprezy muszę wytrzymać i szlus. Jak dożyję.
Lepsza zmiana
Bo dobra to już była i co z tego wyszło to każdy widzi. Więc teraz będzie lepsza. O tfu, tfu, nie żadna tam lepsza zmiana tylko Nowy Ład - oczywiście oba słowa z dużej, bo - klękajcie narody - lepsza zmiana nadchodzi. Efekty już są, a jak. Jak tylko koronawirus o tym lepszym ładzie (a może dobrym, pies go ten tego i owego) usłyszał - zaczął spieprzać jak niepyszny. Zaledwie ogłoszono te wiekopomne zmiany - natychmiast zmalała liczba zakażeń a także liczba przypadków śmiertelnych. To nie może być po prostu zbieg okoliczności to musi być oczywiście niewątpliwie wynik tego ładu, lepszego, hm, nowego, hm. No i w związku z tym już nie trzeba nosić (no, na powietrzu) maseczek, hehe, bo moim zdaniem nigdy takiej konieczności nie było. Owszem - była, była - kazali to się nosiło, ale Bogiem a prawdą było to całkowicie zbędne. No i oczywiście, skoro ten Nowy Ład czy tam lepsza zmiana przegnały cuzamem do kupy paskudnego koronawirusa to i obostrzenia czas znosić. No i ok, tyle, że odkąd utajniono statystyki* to ja im nic nie wierzę. Nic a nic. I to by było na tyle.
No a poza tym wszystko ok, jutro przyjeżdżają goście z airbnb, wydałam kupę forsy (com ją zarobiła na gościach ubiegłorocznych) na wspaniałe trzecie ząbki na śrubkach** (no, hm, nie wszystkie, nadal większość należy do drugiego garnituru), a piszę o tym, bo mi Pan Dentysta wczoraj wkręcił ostatniego, poza tym kupiłam telewizor dla gości (za gotowke) i chwilowo, jak mawiała moja mama - całkowicie wyszeptałam się z gotówki, ale - w piątek przyjdzie emerytura, tudzież airbnb powinno mi wpłacić za tych gości no to może jakoś dożyję. ;-)
*Pamiętacie, jak pewien student zbierał dane z powiatów, robił z tego bazę i wyszła mu różnica coś około 20 000 zakażonych, już nie pamiętam mniej czy więcej niż oficjalnie. W każdym razie po tym incydencie zakazano podawania komukolwiek danych z powiatów.
**Dawno, dawno temu, jakem była dziecięciem, moi rodzice zatrudniali służącą co na imię miała Antonina i nie miała zębów. Była to pięćdziesięcioparoletnia panna (oburzała się jak się do niej powiedziało - kobieto - "tylko nie kobito, panna jestem"), która miała u nas wikt i opierunek i jeszcze do tego pensję, którą odkładała głównie na zęby mawiając przy tym -"jak se zemby wprowie to sie wydom". No, ale ja sie nie wydom, hihi. A co do Antoniny to se zembów nie wprowiła, bo co se trochę pieniędzy uzbierała to kupowała złoty zegarek, na którym się zresztą nie znała, bo była analfabetką (jedna jedyna osoba w moim życiu - analfabetka), ale gdy jechała odwiedzić rodzinę - zakładała je wszystkie - na obie ręce).
Instrukcja dla letników
1. Ognisko palimy z tego drewna, które leży przygotowane przy miejscu ogniskowym. Nie bierzemy drewna z komórki!
2. Poduchy z leżaków należy wieczorem oraz przed deszczem chować pod dach
3. Kuchenka ma przyciski DOTYKOWE, więc nie należy ich dusić na siłę aż do wyłamania płyty
4. Trampolina służy do skakania - nie należy wstawiać do niej krzesełek, ani innych przedmiotów mogących ją potencjalnie rozedrzeć.
5. Apartament jest przeznaczony dla maksymalnie sześciu osób, każda dodatkowa kosztuje 100 zł, więcej niż w sumie 10 (słownie: dziesięć) osób jest wykluczone.
6. Grilla nie stawiamy na plastikowym stole
7. W miarę możności nie mieszamy ze sobą puzzli.
8. Nie wynosimy żadnych naczyń kuchennych ani sztućców do piaskownicy, w domku dla dzieci jest dużo piaskowych zabawek
9. W miarę możności nie dotykamy wszystkiego rękami prosto od grilla (czarnymi i zatłuszczonymi)
10. Bardzo proszę nie zrywać kwiatów, nie łamać krzaków ani nie grać w piłkę na klombach
Czy to byłoby bardzo niegrzeczne gdybym coś takiego umieściła w widocznym miejscu w apartamencie letników? Bo większość z nich takich rzeczy nie robi, hm, ale... Właśnie ci co to wcale ich tu nie było, wszak zakazane jest, no więc - ich dzieci wstawiły plastikowe krzesło do trampoliny i na tym krześle skakały, no, niedługo, trampolina tego nie wytrzymała. Sami to zgłosili, zapłacą oczywiście za nową matę, ale, to ja będę musiała tę zepsutą odpiąć z 54 sprężyn i zamocować nową.
A co do wytycznych dla letników - mogę je skurtyzować do uwagi o trampolinie i kuchence. A wszystkie w/wym przewiny letnicy popełnili, nic tu nie wymyśliłam.
Dylu, dylu, dylu, dylu
coś wybuchło w Czarnobylu. Elektrownia atomowa Michaiła Gorbaczowa. Raz dwa trzy sekre tarzem bę dziesz ty.
35 lat temu, maamo, ale ten czas leci.
I znowu mi się coś nieprzyjemnego przypomniało, co podówczas uczynił mój były nieodżałowanej pamięci małżonek. Ale - o zmarłych dobrze albo wcale. No to - wcale. Jak żeśmy się zebrali po pogrzebie w jego (to znaczy się formalnie moim, ale, póki co, jego) mieszkaniu całą rodziną i próbowali powiedzieć o nim coś dobrego, jakoś nic takiego nam się nie przypomniało. Kurcze, na pewno coś dobrego było, no, musiało być, do licha, no bo jakim cudem byłabym z nim aż 33 lata? No nic - dylu dylu
No i co z tą wiosną, do licha
Już, już prawie była. Przez dwa dni. Ach, jak ja lubię ten trzask szyszek sosnowych, gdy pozbywają się nasionek. Ale - musi być ciepło i nie padać. Co prawda z tych nasionek, no, z niektórych, wyrastają potem sosny, ale to, hm, chodzę i wyrywam. Aczkolwiek tył posiadłości zarósł mi już nieco za gęsto. Chociaż - pilnuję, aby dało się przejść wzdłuż ogrodzenia. No nic, pożyczyłam piłę* (elektryczną, nie spalinową) i wycięłam trochę (więcej jak 40, ale chyba mniej niż 50 - trochę się pogubiłam w liczeniu) takich trochę większych. Teraz muszę to wszystko obrobić czyli - obciąć gałęzie, a pieńki podzielić na mniejsze kawałki. No bo spośród zeszłorocznych letników tyko jeden pan, 83-letni, umiał zrobić ognisko z niepociętych sosenek. Pozostali bez krępacji wypalali mi drewno piecykowe ogromnej sterty chrustu nie tykając. No to im przygotuję. Mam nadzieję, że i w tym roku dopiszą. Narzekam nieco na tych moich letników, ale - to są przecież pieniądze, a one, jak wiadomo - non olet ;-)
*mogę se zrobić mazurską masakrę, ale - może nie?
Dziś z Kazikiem
Rozważamy kwestię otchłanną i poruszającą - czy da się skakać na tyłku, a tu dopiero wpół do jedenastej...