On już do mnie nie napisze

 W święta zmarł mój były mąż. W ostatnią sobotę pochowaliśmy go. Co prawda ponad 12 lat temu rozstaliśmy się, ale jakieś kontakty (głównie mailowe i z przerwami jak mi za bardzo podpadł) utrzymywaliśmy cały czas. Nie płaczę, ale jest mi smutno. Trochę. 

Koronaparty

 Ha, przedwczoraj moja synowa była u lekarza w związku ze swoją operacją kolana sprzed kilku tygodni. No i przy tej okazji pobrano jej krew do różnych badań. To ona sobie pomyślała - skoro już i tak mi tę krew biorą to niech mi ja przy okazji przebadają na koronawirusa.  W tym czasie, gdy ona była u lekarza ja gościłam Kazika. Z rana mi go dostarczyła i po południu odebrała. Wczoraj zawiozłam do nich pasztet i szynkę, spędziłam z Karoliną miłe pół godzinki face to face. A dzisiaj z rana zadzwonili do niej z wynikami. To są jakieś dwa testy - na przeciwciała występujące po przechorowaniu oraz na przeciwciała w trakcie. Oba pozytywne. No i oni dzwonią do mnie, relacjonują co i jak. No i nie wiem - jechać do nich na wigilię czy nie jechać? Pierwsza moja myśl była taka : aa tam, do licha, w wigilię sama? Nieee, to ja już się wolę zarazić. Druga myśl - no przecież jak się miałam zarazić to się już zaraziłam wczoraj, albo i przedwczoraj od Kazika co tu cały dzionek spędził co i raz przytulając się do mnie. A prezenty co tu ich na stole cała sterta pięknie zapakowanych leży? Że nie wspomnę o trzech ogromnych worach w przedpokoju co je moja córka kupiła dla bratanic i bratanka. Zawierają wielkie, miękkie pufy do ich domku letniego. Zadzwoniłam do Karoliny i się pytam co na to warszawska rodzina, co też miała przyjechać. Hm, oni też się wahają... Hm...

A tak w ogóle to

Wesołych Świąt!!

I po torcie

 Dzisiaj były urodziny Heli. Jedenaste. Na tę okoliczność mama Heli, pomimo nogi w ortezie z kategorycznym zakazem jej używania (nogi, nie ortezy) - już dwa tygodnie, a jeszcze cztery - zrobiła tort. Na samym dole był kruchy blat, na blacie wylany zygzakami słony karmel, a na tym krem z tegoż karmelu i serka maskarpone. Wyżej biszkopt a na nim bita śmietana. Na śmietanie drugi biszkopt o średnicy mniejszej niż ten poprzedni, na tym znowu śmietana i jeszcze jeden biszkopt. Całość polana polewą czekoladową. A czemu tak to starannie opisuję? A bo znam to tylko z opisu. Albowiem nie dane mi go było nawet spróbować. Ani nikomu innemu. Tort stał na stole na ganku na szklanej paterze z nózką. No i wujek jubilatki dostał trudne zadanie przyniesienia go do domu. I okazało się niestety, że zadanie go przerosło. Otóż tort razem z paterą wyleciał mu z rąk, patera się stłukła na 100 milionów kawałków, większość których powbijała się w tort. Zaznaczam, że był trzeźwy, u nas na imprezach dziecięcych nie podaje się alkoholu. Tort wylądował w śmieciach zmieszanych, orzeczono, że nawet dla kur się nie nadaje. Nawet mi, kurcze blade, nie pozwolili palca w niego włożyć, do oblizania. Cały się błyszczał od drobinek szkła. No, taki cały to on już nie był ;-)

Boże cara chrani

 Więc tak. Moja babcia, urodzona jakoś tak pod koniec XIX wieku wychowywała się w Rostowie nad Donem, gdzie jej ojciec uczył w szkole muzycznej. Oczywiście chodziła tam do rosyjskiej szkoły. I nawet raz widziała na własne osobiste oczy carewicza Aleksandra co był nawiedził ich szkołę. Będąc już babcią robiąc coś w kuchni czy w domu lubiła sobie podśpiewywać. Ale - z takim przygotowaniem głównie właśnie - Boże cara chrani. No to chyba się już całkiem zbabciowałam. Dzisiaj szykując ogród do zimy (późno, bo późno, ale chyba lepiej późno niż wcale, byle nie za późno) przyłapałam siebie na tym iż podśpiewuję - wyklęty powstań ludu zieeemi...

Tajemniczy lajzol

 Siedząc w domu na prewencyjnej kwarantannie (koleżanki mi narzuciły - obawiają się, że mogłam coś przywlec ze świata) gapię się w telewizor. Porobiłabym coś w ogródku, ale siąpi. Gapiąc się robię jednocześnie zestaw czapek dla zamorskiej rodziny, więc nie zawsze udaje mi się na czas ściszyć jak lecą reklamy. No i wpadła mi w oko (i w ucho) reklama całkiem nowego rewelacyjnego środka dezynfekującego o nazwie lajzol, hm, łaj lajzol jak na butelce napisane lyzol. Hm. Dawno, dawno temu był taki uniwersalny odkażający śmierdziel o nazwie lizol. Wszystkie szpitale tym cuchnęły. Tyle, że ten lizol podobno na wirusy nie działa.

Pandemia według Włodka

 Mam takiego jednego znajomego, no, hm, konkretnie to był moim chłopakiem, gdy byłam w liceum. Chyba ze dwa lata chodziliśmy ze sobą. Jakoś zawsze miałam tendencje do wybierania chłopaków (partnerów) nieco głupszych od siebie. Ale - tylko nieco. Włodzio zaś podówczas będąc tylko nieco głupszym obecnie totalnie zidiociał. Pisuje do mnie od czasu do czasu próbując mnie ostrzec przed straszliwymi zakusami potwornego świata. Poniżej przedstawiam poglądy Włodzia na pandemię. 

Więc tak. Włodzio uważa, że po pierwsze - Covid to taka grypka, a wirus Sars-cov-2 towarzyszy ludzkości od hohooo, a może i bardziej. W dodatku Włodzio stosując światłe metody pewnego inżyniera od maszyn górniczych (Zięba) jest uodporniony. Więc nie ma się czym przejmować, jeśli chodzi o samego wirusa, przejmować się trzeba tym, po co to wszystko urządzono. Przede wszystkim - testy. Żadnych testów nie ma, nikt żadnego testu nikomu nie robi. Ten patyczek do nosa wtyka się co prawda pod pretekstem pobrania wymazu do testu, ale to nieprawda. Wtyka się go tam po to, aby uszkodzić płytkę/poduszkę (niepotrzebne skreślić) mózgową i/lub kość sitową. Po co to uszkadzanie - Włodzio nie wyjaśnił. Poza tym ten patyczek do nosa się wtyka w celu pobrania DNA. Po co komuś to DNA Włodzio również nie wyjaśnił. A! No oczywiście, że nie, pewnych rzeczy nie wolno pisać, przecież cały internet jest na nieustannym podsłuchu (poniekąd tak - automatycznie zwracana jest uwaga na pewne kluczowe słowa - to prawda, ale - coś Włodzio słyszał, że dzwonią, nie dowiedział się tylko w którym kościele) i jak się tylko napisze za dużo zaraz po ciebie przyjdą. Kto? Po co? Na czyje zlecenie? Oczywiście tego również nie można napisać z powodów jak wyżej. I jeszcze jest trzeci powód wtykania patyczka do nosa - zostawiają tam jakiś "prezencik", aczkolwiek z w/wym powodów Włodzio nie napisał co by to miało być. Ale to dopiero wstęp. No, bo jeśli się ludziom wmówi, że jest jakaś zaraza, której, oczywiście wcale nie ma, to będą skłonni zaszczepić się przeciwko niej. A tak nawiasem mówiąc, w trakcie testów tej niby szczepionki zmarło całkiem sporo ludzi. Bo to wcale nie będzie żadna szczepionka, o nie. Będą ludziom pod pretekstem szczepionki wstrzykiwać coś co zmieni ich DNA - po co to już Włodzio nie wyjaśnił. Oraz albo lub, będą w tej niby szczepionce wszczepiać ludziom czipy, aby opanować ich umysły (chyba, bo w obawie przed siepaczami co się natychmiast zjawią Włodzio dokładnie nie wyjaśnił, a może sam nie wiedział po co te czipy). Oczywiście te czipy będą sterowane za pomocą 5G, które tylko w tym wrednym celu powstało. Ale to jeszcze nie koniec. O nie. Ha! I tu przechodzimy do szpitali tymczasowych otoczonych zasiekami z drutu żyletkowego. A po co? No jak to, po co się grodzi w dodatku ogrodzeniem zagiętym do środka, jak wielokrotnie Włodzio podkreślał. Kurcze, jakby jakieś inne stosowano gdziekolwiek. Ale tutaj grodzi się w ten sposób po to, aby zamknięci tam nieszczęśnicy nie uciekli. Bo ich się tam zamyka pod pretekstem leczenia, ale niee, o nie, o żadnym leczeniu nie ma mowy. Ci biedacy będą tam mordowani na jakieś straszliwe i wyszukane sposoby, powoli i strasznie. A dlaczego? Ano, bo człowiek umierający w wielkim bólu, strachu i stresie wydziela jakąś substancję (zapomniałam jej nazwy), którą się pobiera tuż po tym strasznym zgonie i która służy możnym tego świata za jakiś super narkotyk. Co prawda do tego celu najlepiej nadają się dzieci do lat 9, ale z braku laku może być i dorosły. Trupy po tych zabiegach będzie się składować w specjalnie przygotowanych chłodniach po czym palić w krematoriach. Gdzie te krematoria będą usadowione, tak, żeby nikt nie zauważył Włodzio nie zdradził, prawdopodobnie z powodu tych siepaczy co to by zaraz po niego przyszli i, zapewne, zastosowali na nim wszystkie opisane tu straszne rzeczy.

W fajnym świecie niektórzy żyją, co nie? Bo dla pana Włodzimierza opisany świat jest jak najbardziej realny, święcie w niego wierzy, a reszta ludzkości (no, poza grupą podobnych mu wtajemniczonych) żyje w Matrixie i/lub chowa głowę w piasek. Przedstawiłam powyższe, bo z nim się dyskutować nie da, na dowód, że ma rację przedstawia mi youtubowe przemowy podobnych mu idiotów, aa, szkoda gadać. Może on ma paranoję?

A tak w ogóle to już jestem w domu, pies mi mało co nie zdechł, dzisiaj byłam z nim drugi raz na kroplówce, wczoraj miał tylko 1/3 liczby należnych czerwonych krwinek, ugryzł mnie u weterynarza. Bo z taką liczbą czerwonych krwinek ma niedotleniony mózg i w związku z tym jest (znaczy się był, bo dziś już jest lepiej) totalnie otumaniony. Wet powiedział, że wczoraj był już jedną, a może i dwiema nogami w grobie, ale dziś już z tego wyszedł. Będzie dobrze.

Czy to aby nie jest lekka przesada?

 W niedzielę była piękna pogoda, nie ma zabiegów, więc się wybrałam na wycieczkę. Pani z pokoju obok zaopatrzyła mnie w wodę (hm, niecałe pół litra, ale wystarczyło). I ja jej na to, że w rewanżu pomogę jej przynieść ze sklepu nową wodę. W poniedziałek lało, do sklepu wybrałyśmy się wczoraj. Przez park to jest niecały kilometr, zaś szosą - prawie półtora. Kupiłam co tam miałam kupić, wyszłam, czekam. Wychodzi ona. Zamieniamy się torbami, w mojej mało co, u niej - 4 dwulitrowe butle z wodą. I jeszcze jakieś ciasteczka. O matko - prawie 9 kilo w sumie. Ja myślałam, że kupi jedną butlę, góra dwie, ale cóż, słowo się rzekło - biorę tę potwornie ciężką torbę i idziemy. A ona mówi - wiesz, ja muszę jeszcze wstąpić do apteki - a w takim przypadku trzeba iść tą dłuższą drogą. No nic. Idziemy. Ona zasuwa jak mały samochodzik, ja za nią raczej wolno. Pot mi oczy zalewa, co i raz zmieniam ramię z torbą, i - ledwo idę. Ale cóż - słowo się rzekło. Wreszcie ufff ufff - doszłyśmy, ja ledwo żywa, ona jak skowronek - bo zdążyła na trzecią, o której to codziennie uczestniczy zdalnie w jakimś nabożeństwie - dlatego tak gnała. No nic, niby ok. A dziś mi mówi - te ciasteczka to się połamały trochę. O k...wa...