Ale ładnie


Czyż nie?

Dzień dobry

O rany, ale ten czas leci. Nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak długo mnie tu nie było. Nic się nie stało, wszystko ok i tip top. Tylko chyba straciłam wenę, a właściwie to chyba nie mam już potrzeby pisania. Jak sobie teraz uświadamiam to była niejako proteza. Proteza prawdziwych kontaktów z ludźmi i paplania o bele czym. Teraz mam tu dwie przyjaciółki, z którymi 2-3 razy w tygodniu chodzimy na kijki i w trakcie paplamy o wszystkim i o niczym. To jakoś, hm, samo tak wychodzi, że tu nie zaglądam. Cenię sobie bardzo moje wirtualne znajome, ale,  hm, jakby tu powiedzieć, aby nikogo nie urazić, hm. Nooo - jednak prawdziwe, żywe, spotykane w realu osoby to - prawdziwe, żywe osoby. Nawet jeśli intelektem nie dorównują tym wirtualnym. No nic. Postaram się tu bywać przynajmniej raz w tygodniu.

W domku bez internetu

Ha, zgubiłam gdzieś tam po drodze modem mobilny wraz z kartą SIM co tam w środku była. Po powrocie z wojaży nocowałam w Warszawie i tam się zorientowałam, że tego "paluszka" nie ma. Kiedy się pakowałam to mnie nawet przez moment tknęło, żeby to maleństwo dać np do walizki albo przynajmniej do torebki, nie trzymać wraz z komputerem. Ale - zostało jak było. No i zapewne na lotnisku w San Francisco gdy trzeba było komputer wyciągnąć nie tylko z walizki podręcznej ale i z opakowania - wyleciało biedactwo. A że tamój był dywan jako że buty trzeba zdjąć (na pewno w tych butach starsza pani po raz któryś tam z kolei wracając od rodziny miała bombę, albo przynajmniej scyzoryk*) to nie słyszałam, że upadło. No więc w Warszawie zorientowałam się , że nie ma. No to - trzeba będzie podjechać do Szczytna i kupić zastępstwo. Następnego dnia, a był to bodajże poprzedni czwartek , jadąc autobusem do siebie, zadzwoniłam zgodnie z umową 20 minut przed przyjazdem do synowej, że jadę i że zaraz będę. No to ona się pyta, gdzie ma mnie podwieźć. No - do mojego auta, które stoi u was. No niestety, ona na to - nie stoi, jest u Olechów (to zaprzyjaźniony warsztat). O matko, a co się stało? A nic, Maciek postanowił zrobić ci niespodziankę, założyli zimowe opony i zrobili ogólny staranny przegląd przedzimowy w związku z czym musieli zamówić jakieś części i czekają na nie. Ba, koniec końców auto dostałam wczoraj. Pognałam natychmiast po nowy internet, kupiłam, instaluję, a tu - zonk - nie działa. Okazało się, że karta SIM była wadliwa. Pojechałam dzisiaj - wymienili, ale póki co - nadal nie działa. W desperacji włączyłam w telefonie wifi  i na razie z tej formy internetu korzystam. Pani w salonie powiedziała, że ta nowa karta może się uruchamiać do 24 godzin. No.  A mi jet lag minął, dzięki intensywnemu użytkowaniu kapsułek forsenu forte, w cztery dni. Więc już wczoraj mieliśmy spotkanie robocze z kilkoma osobami z sąsiedniej wsi, które to osoby zazdroszcząc nam tego jak wiele się u nas dzieje chcą u siebie też zadziałać korzystając z naszych cennych wskazówek, których im oczywiście ochoczo udzielimy.

Jutro do domciu, jutro do domciu, hopsa, hopsa, hops

A w międzyczasie byliśmy na drugiej wycieczce w Kings Canyon i przy tych naj naj większych sekwojach. Ale - po redwoodsach nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak powinny.  Myśmy samopiąt pojechały w czwartek, znaczy się moja córka, moje trzy wielkie córki, mówiąc z angielska (granddaughters) i ja, a w piątek wieczorem dołączył zięć z zaprzyjaźnioną rodziną takoż z trójką dzieci. Córka zamówiła pokój w hotelu, który się okazał tak malutki, że trzeba było jeszcze domówić domek kampingowy zwany tamój kabinką, ale dobrze ogrzany, bo w nocy było około zera. Na wysokości ok 2000 m npm, bo to w Sierra Nevada jest. Z całym towarzystwem pochodziliśmy troszkę (bardzo troszkę) po górach, ja szłam z dala raczej, bo najmłodszy (chyba ze 4 lata) przyjaciół jeśli tylko kazali mu iść na nóżkach, a nie na karku taty wył nieustannie. No nic, i tak było ekstra, a jutro - DO DOMU, DO DOMU. Hop, hop! Pojutrze - Warszawa, gdzie przenocuję, a popojutrze - domek mój kochany i Kropcia, takoż kochana. No, hm, syn et consortes takoż. Kochani.



Przetrwać dzisiaj

wszystkie 3 skarby cały dzień w domu. Nabzdyczona Mania, w której zaczynają hormony buzować, mała Basia co i rusz rycząca i nieustannie czegoś chcąca od babci. Jedynie ta średnia, póki co, jest cicha i bezwonna. Mama siedzi przy kompie i obrabia sesje - jest zawodowym fotografem. A babcia ze skarbami. Bo. One mają w szkole wywiadówki, a w Montessori to się odbywa przez 3 dni - każdy rodzic oddzielnie przez pół godziny. Co jest całkowicie bez sensu, bo i tak dostają kilkukartkową opisową ocenę. Wczoraj były tylko te starsze, ale dziś... Jutro też mają być wszystkie 3, ale ponieważ wyjeżdżamy to zapewne jakoś łatwiej będzie.
Za 6 dni wyjeżdżam!!

Babciu, a jak pieski robią dzieci?

bo jakoś sobie tego nie mogę wyobrazić. Suczka się kładzie z łapami do góry czy jak? - spytała dziewięcioletnia Ula. Musiałam jej to narysować, jak te pieski to robią bo jak ludzie to ona wie. Hihi, inne czasy.
Za tydzień jadę do domku, do doomku, do  mojego ukochanego domku.
A póki co byliśmy na wycieczce w sekwojach. Nie tych najtęższych, tylko w tych najwyższych. Ale, luudzie, tego się nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć. Ja się w tym lesie czułam jak na jakiejś innej planecie. Drzewa co mają na dole średnicę kilku metrów, a wysokość 4 średnich sosen. Nie-sa-mo-wi-te. Pojutrze jedziemy do tych najtęższych. To są dwa różne gatunki, o czym nie wiedziałam. Byliśmy w lesie sekwoi wieczniezielonych, a pojedziemy do sekwoi olbrzymich. Oni mówią, że do tych pierwszych było blisko (ok 600 km), a do tych drugich jeszcze bliżej (ok 400 km). Tu się jakoś inaczej odległość odczuwa. Martwi mnie tylko to, że mieszkać mamy w hotelu, co prawda w pokoju tzw rodzinnym, który duży jest, ale... Na tym wyjeździe oni wynajęli na airbnb dom, łał, ale wielki, każdy miał swoją sypialnię i jeszcze dwie puste zostały, oczywiście living room i osobno tv room. A w tym jednym pokoju choćby nie wiem jak wielki to nie wiem, nie wiem.

Poprawka

Wyjeżdżam stąd nie 21 tylko 19 listopada. 21 to już będę w moim kochanym domku. Czyli jeszcze 18 dni. A za mną 17, no prawie. Czyli już prawie prawie półmetek. I tak szczerze mówiąc - kryzys minął. Tylko gdy mnie córka opieprza, słusznie (np. zarysowałam szafkę w kuchni) czy niesłusznie (np. dzieci się prawie spóźniły do szkoły, bo ja niby rano nie pomagałam w ich wyjściu (!)) to mam odruch ucieczki, ale uciekać nie ma gdzie... Ale poza tym, zwłaszcza jak tak jak w tej chwili nikogo nie ma - to nie jest źle. Tyle, że się czuję trochę jak z Onym - że mnie zaraz opieprzą za nic, albo za niedostateczne starania. Albo, że ona zaraz wróci a tu kuchnia jeszcze nie do końca posprzątana... Wczoraj to się tak umordowałam, że mnie nocą kurcze łapały w nogach. Ach, bo wczoraj było Halloween. To jedyny dzień w roku, kiedy widać, że tu jacyś ludzie jednak są. Bo tak na co dzień o dowolnej porze dnia - ulice puste. A w Halloween już od rana widać dzieci poprzebierane za przeróżne postacie. Ja myślałam, że na to święto przebiera się za duchy, czarownice, kościotrupy i te pe. A tu wcale nie. Owszem w/w też były ale w mniejszości. Najwięcej było królewien i księżniczek oraz strażaków. Nasze dziewczyny były muszkieterem, diabełkiem i lalką. No i dzieci już z rana do szkoły czy przedszkola idą w swoich przebraniach. Tam mają na początku zabawę, potem kto chce przebiera się w normalny strój, kto nie - pozostaje w kostiumie i odbywają się lekcje. A gdy zapada zmrok - dzieci zaczynają wędrówkę po domach. Oczywiście pod opieką dorosłych, którzy się trzymają w pewnej odległości. Ulice pełne są grupek dzieci i dorosłych. No, tu w tej dzielnicy mieszkalnej, czyli z domkami. Ponoć zjeżdżają tu ludzie z całego San Jose, bo to niby lepsza dzielnica, ale jakoś nie zrozumiałam związku między jednym a drugim. Dzieci pukają (lub dzwonią) do drzwi domów, przed którymi pali się światło. Jak się nie pali to znaczy, że ci ludzie nie życzą sobie gości, nie biorą udziału w zabawie. Niektórzy ludzie siedzą przed domem, palą ognisko (oczywiście w specjalnej misie), cosik popijają i rozdają słodycze. A dwie ulice tu w pobliżu urządzają wielką imprezę, nawet przed jednym domem była dyskoteka z didżejem. Wszystkie dzieci są poprzebierane i mniej więcej 1/3 dorosłych. Dinozaury, krasnale, rycerze Jedi (a nawet całą rodzinę Jedi widziałam), batmany, królewny (dorosłe też), pokemony, różne postacie z komiksów, jeden chłopiec był rakietą, a jeden pan przebrał się za kamuflaż i chował się po krzakach i drzewach. No - przeróżniste. Mani (ta najstarsza) przyjaciółka była Cyganką, a Basi (najmłodsza) syreną. W końcu byłam już tak umordowana, że siadłam na murku i poprosiłam o podwózkę - co uczyniono. A dziewczyny zebrały po ok 1.5 kg słodyczy, które im wczoraj wolno było jeść, a reszta zostanie odwieziona do pani dentystki, która je ekspediuje dla żołnierzy.
No - to wracam do sprzątania, żeby opieprz był jak najmniejszy, albo może i wcale?

Ale ładnie

Czyż nie?