bo jakoś sobie tego nie mogę wyobrazić. Suczka się kładzie z łapami do góry czy jak? - spytała dziewięcioletnia Ula. Musiałam jej to narysować, jak te pieski to robią bo jak ludzie to ona wie. Hihi, inne czasy.
Za tydzień jadę do domku, do doomku, do mojego ukochanego domku.
A póki co byliśmy na wycieczce w sekwojach. Nie tych najtęższych, tylko w tych najwyższych. Ale, luudzie, tego się nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć. Ja się w tym lesie czułam jak na jakiejś innej planecie. Drzewa co mają na dole średnicę kilku metrów, a wysokość 4 średnich sosen. Nie-sa-mo-wi-te. Pojutrze jedziemy do tych najtęższych. To są dwa różne gatunki, o czym nie wiedziałam. Byliśmy w lesie sekwoi wieczniezielonych, a pojedziemy do sekwoi olbrzymich. Oni mówią, że do tych pierwszych było blisko (ok 600 km), a do tych drugich jeszcze bliżej (ok 400 km). Tu się jakoś inaczej odległość odczuwa. Martwi mnie tylko to, że mieszkać mamy w hotelu, co prawda w pokoju tzw rodzinnym, który duży jest, ale... Na tym wyjeździe oni wynajęli na airbnb dom, łał, ale wielki, każdy miał swoją sypialnię i jeszcze dwie puste zostały, oczywiście living room i osobno tv room. A w tym jednym pokoju choćby nie wiem jak wielki to nie wiem, nie wiem.
Poprawka
Wyjeżdżam stąd nie 21 tylko 19 listopada. 21 to już będę w moim kochanym domku. Czyli jeszcze 18 dni. A za mną 17, no prawie. Czyli już prawie prawie półmetek. I tak szczerze mówiąc - kryzys minął. Tylko gdy mnie córka opieprza, słusznie (np. zarysowałam szafkę w kuchni) czy niesłusznie (np. dzieci się prawie spóźniły do szkoły, bo ja niby rano nie pomagałam w ich wyjściu (!)) to mam odruch ucieczki, ale uciekać nie ma gdzie... Ale poza tym, zwłaszcza jak tak jak w tej chwili nikogo nie ma - to nie jest źle. Tyle, że się czuję trochę jak z Onym - że mnie zaraz opieprzą za nic, albo za niedostateczne starania. Albo, że ona zaraz wróci a tu kuchnia jeszcze nie do końca posprzątana... Wczoraj to się tak umordowałam, że mnie nocą kurcze łapały w nogach. Ach, bo wczoraj było Halloween. To jedyny dzień w roku, kiedy widać, że tu jacyś ludzie jednak są. Bo tak na co dzień o dowolnej porze dnia - ulice puste. A w Halloween już od rana widać dzieci poprzebierane za przeróżne postacie. Ja myślałam, że na to święto przebiera się za duchy, czarownice, kościotrupy i te pe. A tu wcale nie. Owszem w/w też były ale w mniejszości. Najwięcej było królewien i księżniczek oraz strażaków. Nasze dziewczyny były muszkieterem, diabełkiem i lalką. No i dzieci już z rana do szkoły czy przedszkola idą w swoich przebraniach. Tam mają na początku zabawę, potem kto chce przebiera się w normalny strój, kto nie - pozostaje w kostiumie i odbywają się lekcje. A gdy zapada zmrok - dzieci zaczynają wędrówkę po domach. Oczywiście pod opieką dorosłych, którzy się trzymają w pewnej odległości. Ulice pełne są grupek dzieci i dorosłych. No, tu w tej dzielnicy mieszkalnej, czyli z domkami. Ponoć zjeżdżają tu ludzie z całego San Jose, bo to niby lepsza dzielnica, ale jakoś nie zrozumiałam związku między jednym a drugim. Dzieci pukają (lub dzwonią) do drzwi domów, przed którymi pali się światło. Jak się nie pali to znaczy, że ci ludzie nie życzą sobie gości, nie biorą udziału w zabawie. Niektórzy ludzie siedzą przed domem, palą ognisko (oczywiście w specjalnej misie), cosik popijają i rozdają słodycze. A dwie ulice tu w pobliżu urządzają wielką imprezę, nawet przed jednym domem była dyskoteka z didżejem. Wszystkie dzieci są poprzebierane i mniej więcej 1/3 dorosłych. Dinozaury, krasnale, rycerze Jedi (a nawet całą rodzinę Jedi widziałam), batmany, królewny (dorosłe też), pokemony, różne postacie z komiksów, jeden chłopiec był rakietą, a jeden pan przebrał się za kamuflaż i chował się po krzakach i drzewach. No - przeróżniste. Mani (ta najstarsza) przyjaciółka była Cyganką, a Basi (najmłodsza) syreną. W końcu byłam już tak umordowana, że siadłam na murku i poprosiłam o podwózkę - co uczyniono. A dziewczyny zebrały po ok 1.5 kg słodyczy, które im wczoraj wolno było jeść, a reszta zostanie odwieziona do pani dentystki, która je ekspediuje dla żołnierzy.
No - to wracam do sprzątania, żeby opieprz był jak najmniejszy, albo może i wcale?
No - to wracam do sprzątania, żeby opieprz był jak najmniejszy, albo może i wcale?
Ja chcę do dooomuuu
Jestem tu dopiero dwa tygodnie i jeden dzień, przede mną jeszcze 23 dni. Jezuuu!!!
Biedne dziecko
Od tego rolnika cośmy u niego kupiły ten niby schab przywieźli też (zamówiony uprzednio of course) kawałek łopatki, polędwiczki wieprzowe oraz wędzony bekon straszliwie, ale to bardzo straszliwie tłusty. Bekon przerobiłam na smalec, ale. Ale ten smalec jest cały czas półpłynny niezależnie od stopnia schłodzenia. Czyżby tutaj hodowali specjalnie genetycznie zmodyfikowane świnki co produkują olej??? ;-) Ale wracając do biednego dziecka. No więc jutro na obiad mam zamiar zrobić z owej łopatki kotlety mielone. Zakupiłam byłam w tym celu bułeczki. Też nieproste, albowiem niełatwo było wyszukać bułeczki bez cukru, syropu glukozowo-fruktozowego czy też kukurydzianego. Leżą sobie te bułeczki i dziewczyny pytają czy mogą je zjeść. Nie, mówię, bo one są do kotletów. Te dwie starsze zaczęły skakać z radości podśpiewując - będą kotlety, będą kotlety. Ale Basia, najmłodsza, która się na mięsną fazę u mamy nie załapała, zapytała - babciu, a co to są kotlety? Bo ja zapomniałam...
Kiełbasy, kiełbasyyy. Albo chociaż parówek
Kurde. Moja córka ma jakieś (chyba) zaburzenia na tle odżywiania. Jestem teraz u niej, już tydzień. Odkąd mieszka w tej tu Kalifornii (bedzie jakieś 9 lat) ilekroć się widzimy zawsze coś ma nie tak z jedzeniem. A to - broń boże smażonego. A to - 0 cukru, tylko jakieś durne słodziki, albo - 0 tłuszczu. Albo - wręcz przeciwnie - głównie mięcho i tłuszcz. Raz tylko, jeden jedyny raz, jak się widujemy (na ogół dwa razy w roku) jadła w miarę normalnie, ale też, kurcze żesz blade, wg jakiejś książki. Kiedy była u mnie latem była wegetarianką, ale innym pozwalała na wszystko względem jedzenia. Może dlatego, że u mnie to ja byłam gospodynią, a tu... Ba, tę wegetariankę dało się znieść. Ale teraz jest weganką, ja się takim obiadem złożonym z kaszy, fasoli i warzyw nie najadam. A co z tą kiełbasą? Wzdech. Mowy nie ma - żadnego przetwarzanego mięsa, "mogę ci kupić schabu to sobie upieczesz i będziesz mieć do chleba". Ale ona, kurcze, biednych, nieszczęśliwych zwierzątek, bo chowanych w ciasnych przegródkach na tucz, nie pozwoli kupić. Tylko szczęśliwe, co biegały po podwórku, o matko. Zakupiła więc była bezpośrednio u rolnika schab, kurierem toto przyjechało, schabu nie przypomina, ani nawet karkówki. Wygląda raczej jak boczek, ale z bardzo grubymi paskami mięsa. A ja chcę kiełbasyyy, kiełbasyyy. A ten schabo-boczek zniknął błyskawicznie, tak wszyscy w tym domu (oczywiście oprócz córeczki mej umiłowanej) byli spragnieni mięsa.
Oczywiście przejdzie jej to, jak wszystkie inne diety ("MAAMOO, to nie dieta, to sposób żywienia i tak się będę żywić już zawsze" - nawrzeszczała na mnie, że ha), ale póki co jest męczące. KIEŁBAASSYYY!!!
Oczywiście przejdzie jej to, jak wszystkie inne diety ("MAAMOO, to nie dieta, to sposób żywienia i tak się będę żywić już zawsze" - nawrzeszczała na mnie, że ha), ale póki co jest męczące. KIEŁBAASSYYY!!!
O Jezu, pęknę
no, nienormalna jestem, no, kurde, no nie mogę. Usmażyłam ten prawie kilogram rydzów z takim zamiarem, że będzie na potem, na jutro czy tak jakoś. Ale - o matko, wszyściutko zjadłam. A jakie dobre były, mniam. W tym roku na mojej posesji jakoś niespecjalnie, ale zaraz za ogrodzeniem - multum. Miałam zamiar narwać ich (narwać, narwać, nie nazbierać, tyle ich jest) tylko troszkę, tak na kolację, ale jakem się puściła tak się nie mogłam zatrzymać, bo jeszcze ten, i ten, i ten. Hm, po usmażeniu oczywiście nie był to kilogram, ale i tak bardzo dużo.
Całe lato i do połowy września grzybów nie było ani dudu, kilka dni temu - wybuchły. Wczoraj - 60 małych, bielutkich na spodzie prawdziweczków oraz 14 wielkich. Dzisiaj tylko te rydze za płotem. Bo. W sobotę mamy festyn i roboty huk.
Całe lato i do połowy września grzybów nie było ani dudu, kilka dni temu - wybuchły. Wczoraj - 60 małych, bielutkich na spodzie prawdziweczków oraz 14 wielkich. Dzisiaj tylko te rydze za płotem. Bo. W sobotę mamy festyn i roboty huk.
Ale za to niedziele, ale za to niedziela
będzie dla mnie. Bo w tygodniu bez przerwy ktoś coś ode mnie chce. A to - chodźmy na kijki, a to - pojedźmy na żurawiny*, a to - trzeba pojechać po magiel, albo po jakieś zakupy, bo w lodówce tylko światło. A za chwilkę przychodzą kobitki (dwie sztuki), żebyśmy wspólnie wyzdajały sprawozdanie z wydatkowania pieniędzy gminnych. Część, że tak powiem, oficjalną, czyli wszystkie niezbędne dane kto wydał i na co, spis faktur, wyjaśnienia dlaczego np na molo wydano nie 230 a 198 zł to mogę sama. Ale jak chodzi o lanie wody jak to żeśmy się zintegrowali, poprawili coś tam coś tam oraz różne -acje - to padam. Kobitki muszą mnie wesprzeć. Więc - codziennie coś. Ale w niedzielę to tutejsi świętują i nikt niczego ode mnie nie chce, mogę zapaść w fotel** i nic nie robić. Ale w tę niedzielę to akurat nie, bo jest Bieg Leśnika, syn z synową biegną (phi, marne 10 km), a ja tradycyjnie sprawuję w tym czasie pieczę nad dziećmi. No nic, kobitki zaraz przyjdą, kisiel żurawinowy się studzi, kawa się robi.
*Wiecie jak się zbiera żurawiny? Bo ja nie wiedziałam, w tym roku zbierałam pierwszy raz w życiu. Otóż - wchodzimy na bagienko, w tym roku prawie całkiem suche. A na tym bagienku ino trawa, trawa i kępy, po których się raczej niewygodnie chodzi. No i gdzie te żurawiny? Rozgarniamy trawę, a tam jagódka przy jagódce. Kucamy, oczyszczamy z żurawin miejsce pod tyłek, co by se na nim żurawim nie porozgniatać, siadamy na tym miejscu i przez jakieś 15 minut zbieramy żurawiny dookoła siebie obracając się tylko na w/w tyłku. Po czym przesuwamy się w miejsce wyzbierane, i powtarzamy wzmiankowane czynności. Wczoraj byłyśmy we cztery i one łaziły po tym suchym bagnie tu i tam, a ja nazbierałam ok 4 litry poruszając w promieniu mniej więcej 3-4 metrów. Zajęło mi to 2 i pół godziny.
**Babunia z robótką na fotelu siada
i wtedy wspomina, że była też młoda
Na portret spogląda swego kochanego
i szlocha i tęskni, że nie ma już jego.
Babuniu nie martw się, masz przecież wnuczęta,
a to są te twoje najdroższe pisklęta.
One cię pocieszą, bo one są skarbem
najdroższym, jedynym na starość twą.
to poezja mojej babci która uczyła dzieci gry na fortepianie, a żeby im było łatwiej do melodyjek poukładała wierszyki i dzieci grając śpiewały. Niestety, owe wierszyki zapisała w nutach i te nuty przepadły. Do końca życia miała do mojej mamy pretensje, że to niby mama komuś te nuty pożyczyła i nie oddał. Mama nieodmiennie stanowczo zaprzeczała tym niecnym insynuacjom. Jak tam było tak było, w każdym razie wierszyki przetrwały tylko w mojej pamięci. I być może w pamięci innych dzieci uczonych przez babcię, ale tego to się chyba nie dowiem.
*Wiecie jak się zbiera żurawiny? Bo ja nie wiedziałam, w tym roku zbierałam pierwszy raz w życiu. Otóż - wchodzimy na bagienko, w tym roku prawie całkiem suche. A na tym bagienku ino trawa, trawa i kępy, po których się raczej niewygodnie chodzi. No i gdzie te żurawiny? Rozgarniamy trawę, a tam jagódka przy jagódce. Kucamy, oczyszczamy z żurawin miejsce pod tyłek, co by se na nim żurawim nie porozgniatać, siadamy na tym miejscu i przez jakieś 15 minut zbieramy żurawiny dookoła siebie obracając się tylko na w/w tyłku. Po czym przesuwamy się w miejsce wyzbierane, i powtarzamy wzmiankowane czynności. Wczoraj byłyśmy we cztery i one łaziły po tym suchym bagnie tu i tam, a ja nazbierałam ok 4 litry poruszając w promieniu mniej więcej 3-4 metrów. Zajęło mi to 2 i pół godziny.
**Babunia z robótką na fotelu siada
i wtedy wspomina, że była też młoda
Na portret spogląda swego kochanego
i szlocha i tęskni, że nie ma już jego.
Babuniu nie martw się, masz przecież wnuczęta,
a to są te twoje najdroższe pisklęta.
One cię pocieszą, bo one są skarbem
najdroższym, jedynym na starość twą.
to poezja mojej babci która uczyła dzieci gry na fortepianie, a żeby im było łatwiej do melodyjek poukładała wierszyki i dzieci grając śpiewały. Niestety, owe wierszyki zapisała w nutach i te nuty przepadły. Do końca życia miała do mojej mamy pretensje, że to niby mama komuś te nuty pożyczyła i nie oddał. Mama nieodmiennie stanowczo zaprzeczała tym niecnym insynuacjom. Jak tam było tak było, w każdym razie wierszyki przetrwały tylko w mojej pamięci. I być może w pamięci innych dzieci uczonych przez babcię, ale tego to się chyba nie dowiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)